wtorek, 17 lutego 2015

Resortowe Dzieci

Z prof. Jerzym Robertem Nowakiem, autorem pierwszej książki o resortowych dzieciach rozmawiała Aldona Zaorska.


Panie Profesorze, czytał już Pan "Resortowe dzieci"? Jakie Pan - autor pierwszej książki o tym środowisku, odniósł wrażenia po tej lekturze?
W mojej ocenie tytuł książki jest nieprecyzyjny. Lepiej byłoby użyć np. sformułowania "Dzieci Targowicy", które ujęłoby wszystko - dzieci KPP-owców, politruków z PZPR-u i ludzi z ubeckimi rodowodami. Co do samej treści, moim zdaniem książka ta jest dość nieprecyzyjna, ale nie jest to moje główne zastrzeżenie do niej. Zanim je przedstawię, chcę wyraźnie i stanowczo podkreślić, że uważam, iż tego typu książki są potrzebne i im więcej ich będzie, tym lepiej. Mam natomiast zastrzeżenie na temat tego, co pani Kania rozgłasza przy różnych okazjach, m.in. w telewizji Republika. Chodzi mi głównie o jej stwierdzenie, że nie było jeszcze nigdy przedtem takiej książki. Otóż była. Moja. "Czerwone dynastie", które ukazały się dziewięć lat wcześniej i których napisanie, wydanie, a także sprzedaż przez poszczególne księgarnie, wymagały znacznie więcej odwagi niż przypisuje jej sobie pani Kania. (Stanisław Michalkiewicz opisywał kiedyś, jak po ukazaniu się "Czerwonych Dynastii" po warszawskich księgarniach chodzili radni SLD i skutecznie straszyli księgarzy podwyższeniem czynszów, jeśli będą sprzedawali moją książkę.) Miło mi w związku z tym, że o mojej książce przypominali ostatnio m.in. redaktorzy Cezary Gmyz i Piotr Gociek. Otrzymuję wiele wyrazów wsparcia od moich czytelników, którzy się oburzają, że zapomniano o prekursorstwie mojej pracy. Dzwonili do mnie w tej sprawie m.in. świetny publicysta Michał Mońko, b. przewodniczący "Solidarności" w TVP, profesor Ryszard Bender, filozof dr Jan Przybył, który niedawno prowadził spotkanie z p. D. Kanią w łódzkim Klubie GP, b. działacz PC Tadeusz Burger. Te reakcje są dla mnie bardzo ważne. Zresztą Pani Kania pominęła nie tylko mnie i moją pracę, ale także artykuły Leszka Żebrowskiego, który publikował je na początku lat 90. Zapłacił za nie m.in. skrajnym atakiem ze strony prof. Paczkowskiego, który zarzucał mu rzekomy moczaryzm. Podkreślam - pragnę jak najwięcej nowych bulwersujących publikacji. Z tym, żeby za ich autorzy pamiętali o swych poprzednikach, którzy publikowali wcześniej w znacznie trudniejszych latach.


Dlaczego więc pani Kania pominęła Pana pracę?
. Powody mogą być różne. Najbardziej przykre jest, że chce promować swoją książkę jako absolutnie wyjątkową, chociaż wiele nazwisk przejęła za moją książką i za innymi omówieniami, które były znacznie dokładniejsze od jej książki. Muszę przyznać, że brak precyzji i gruntowności podejścia w "Resortowych dzieciach" wielokroć mnie autentycznie zadziwił. Szczególnie dziwne było dla mnie np. skrajne zbagatelizowanie przez p. Kanię fatalnej roli odegranej przez b. prezesa telewizji Janusza Zaorskiego,. Skandalem wręcz było to, że p. Kania, bądź co bądź autorka książki o mediach, pomyliła prezesa TVP Janusza Zaorskiego z jego bratem Andrzejem Zaorskim Na dodatek poświęciła mu tylko jedno zdanie, podczas, gdy np. o Ninie Terentiew rozpisywała się na kilku stronach. Przypomnimy, więc że Janusz Zaorski jako prezes TVP "mocno zasłużył się" nie tylko dla przeciwstawiania się dekomunizacji, ale także w walce z Kościołem i patriotyzmem. Należał też do "czerwonych dynastii", bo jego ojciec był wice-ministrem kultury w PRL. Jako szef TVP Janusz Zaorski był kolejnym szefem (po Drawiczu), który robił wszystko, żeby zablokować jej zreformowanie. I dlatego zasługuje na dużo szersze omówienie. To zresztą nie jedyne dysproporcje w tej książce. Ja np. szeroko pisałem o agenturalnej roli ojca Dawida Warszawskiego - Bolesława Geberta i jego zony z bezpieki Krystyny Poznańskiej. W książce pani Kani znajdujemy na ten temat dużo skromniejsze informacje.


Leszek Szymowski napisał bardzo ostry tekst krytyczny o "Resortowych dzieciach" pt."Ukradzione dynastie" w "Najwyższym Czasie" z 18 stycznia. Zarzucił p. Kani przejęcie "większości informacji " z Pana wcześniejszych "Czerwonych dynastii".
Ja bym to nieco inaczej sformułował w imię naukowej precyzji. Otóż w książce p. Kani zaczerpnięto bardzo dużo informacji o najistotniejszych postaciach z moich o 9 lat wcześniejszych "Czerwonych dynastii". I zrobiono to bez jakiegokolwiek odwołania się do mojej książki, co jest absolutnie nierzetelne. Dodam coś, co szczególnie różni moją książkę od "Resortowych dynastii" Otóż u mnie nie ma tak typowego dla "Resortowych dzieci" zalewu pseudoinformacji o tym, z kim się rozstał P. Krasko dla p. N.Terentiew ,czy o tym, co oglądał w windzie windziarz -dziadek M. Komara. To jest absolutny chłam, którego inteligentny autor winien unikać. Świadomie nie chciałem podejmować tak ostro jak red. L. Szumowski pewnych kwestii mimo całego mego oburzenia na metody p. Kani. Zależało mi bowiem przede wszystkim na skutecznym zapobieżeniu dalszej erupcji jej samochwalstwa w "TV Republika" kosztem innych autorów. Stąd skupiłem się na obszernym 16-stronnicowym liście do współtwórcy "TV Republika" red. Bronisława Wildsteina. W liście wyliczyłem bardzo konkretnie różne zapożyczenia, błędy i dysproporcje książki p. Kani. Chyba swój cel osiągnąłem, gdyż red. Wildstein, odpowiadając mailem na mój list zaznaczył m.in., iż: "list pozostawiam sobie jako informację, aby nie zapominać o prekursorach". A później mówił m. in. o "wielu błędach" książki p. Kani ( w wywiadzie, dla „Superexpressu" z 15 stycznia).


Pani Dorota Kania plakaty podpisane "Bartosz Węglarczyk - wnuk Józefa Światły" określiła jako kłamstwa, podczas gdy Bartosz Węglarczyk na łamach "Polityki" pośrednio sam przyznał się do tego. Może Pan to jakoś skomentować?
Akurat postacią Węglarczyka się nie zajmowałam, więc sam chętnie dowiem się czegoś na ten temat i dlatego nie mogę komentować opinii pani Kani w tym względzie. Jak już mówiłem - mam zastrzeżenia co do precyzji różnych określeń przez nią używanych. Kiedyś pisała różne nonsensy na mój temat. Ostro polemizowałem z nimi w "Naszym Dzienniku". W jej książce szczególnie rażą mnie dysproporcje ,polegające na szczegółowym opisywaniu postaci drugorzędnych i równoczesnym prześlizgiwaniu się nad ważniejszymi. Stratą dla książki jest, że poszła w ilość, a nie w jakość -częstokroć rozwodzi się nas postaciami mało znaczącymi, a pomija te istotne. Na przykład - dużo pisałem o roli ojca Michała Komara - Davida Kossoja, wykonawcy zbrodniczych wyroków na wrogach komunizmu. U pani Kani znajdujemy dużo skromniejszą, wręcz mikroskopijną informację na ten temat. Przy opisie poświęconym byłemu agentowi SB Wojciechowi Giełżyńskiemu u pani Kani zabrało informacji, że Giełżyński w latach 1995- 2006 był rektorem Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów Społecznych w Warszawie, a od 2006 roku jest wiceprezydentem tejże uczelni. Nie dowiadujemy się również nic o tym, że poza współpracą z SB Giełżyński "wsławił się" wydaniem w 1968 r. broszury "Oko za oko" - plugawego paszkwilu na studentów-' warchołów" i syjonistów, Jasienicę, Kisiela, Słonimskiego. Nie dowiemy się, że czołowy moralista "Wyborczej" Andrzej Szczypiorski jako pierwszy polski renegat wystąpił w Niemczech z wypowiedzią, że Polacy są współodpowiedzialni za mordowanie Żydów w drugiej wojnie światowej ( w "Das Parlament" z 7 maja 1993 r.). Razi mnie także skłonność do kłusowania w stronę plotek, a pomijania rzeczy ważnych. Na przykład - w bardzo niewielkim stopniu pani Kania zajmuje się w swojej książce kwestią walki dużej części postaci w niej opisanych z Kościołem i patriotyzmem, a jest to ogromnie istotna część ich działalności. Koncentrowanie się na tym, że te osoby przeciwstawiały się lustracji czy dekomunizacji to za mało, żeby należycie pokazać ich działalność, no i wpływ na obecną sytuację w Polsce. Przykro, że nie zwróciła uwagi, jak bardzo te dzieci Targowicy kontynuują działania swych ojców i matek w dziedzinie walki z Kościołem.


Przykładem może być postać Michnika...


Jeżeli chodzi o Michnika, to w książce "resortowe dzieci" całkowicie została pominięta sprawa roli jego matki Heleny Michnik - marksistowskiej historyk, która w swoim podręczniku niezwykle ostro atakowała religię. Sam Adam Michnik jeszcze w latach 60. był zdecydowanym wrogiem prymasa Wyszyńskiego. Potem w książce "Kościół, lewica, dialog" (1978 r.) akcentował swoje, moim zdaniem, tylko pozorowane zbliżenie do Kościoła. Dziś w "Gazecie Wyborczej" widzimy bardzo silny nurt walki z Kościołem. W książce "Krótka rozmowa między panem, wójtem a plebanem", którą Michnik pisał razem z Żakowskim i ks. Tischnerem jest mnóstwo niemal wyłącznie negatywnych określeń pod adresem prymasa Wyszyńskiego, a w jednym momencie nawet ewidentne oszczerstwo, że rzekomo prymas cieszył się z aresztowania Michnika i Kuronia.


Nie ma Pan wrażenia, że pomimo wszelkich wysiłków czerwonych dynastii, społeczeństwo jednak nimi się interesuje. Gdyby tak nie było, nie byłoby takiego zamieszania wokół książki „Resortowe dzieci”. Ludzie nie pytaliby o Pana książkę...


Społeczeństwo się budzi, ale jednocześnie coraz wyraźniej widać wpływy czerwonych przodków na postrzeganie rzeczywistości przez ich dzieci a także na próby zbudowania konkretnego układu politycznego. To nie jest zjawisko tylko polskie. Podobna sytuacja miała miejsce na Węgrzech, gdzie wśród tamtejszych liberałów było wiele dzieci komunistów, czy wręcz węgierskich ubeków, tzw. "awoszy" - ogromnie znienawidzonych przez tamtejsze społeczeństwo. Tam również te powiązania komunistów i liberałów wykorzystano do zapobieżenia rozliczenia zbrodni komunistycznych. Mechanizm odwracania uwagi był zresztą bardzo podobny do stosowanego w Polsce - przy każdej próbie dekomunizacji nieustannie podnoszono rzekome zagrożenia antysemityzmem, nacjonalizmem i rasizmem. Jeśli tylko komukolwiek zarzucano łajdackie zachowanie w latach komunizmu, natychmiast zarzucający spotykał się z zarzutem antysemityzmu. Brzmi podobnie, prawda? U nich było to na większą skalę niż u nas - tam udało się zrealizować sojusz postkomunistów i liberałów, o którym marzyli w Polsce Kwaśniewski i Michnik. Dzięki Orbánowi Węgrzy z tym zerwali i podjęli akcję rozliczenia, o której się bardzo niewiele mówi. Zapewne nieprzypadkowo. A tam zapadają wyroki. Może niekoniecznie wysokie, ale zapadają. Ostatnio w sprawie działalności szpiegowskiej na rzecz Rosji: zasądzono m.in. b. ministra tajnych służb (titok miniszter). Można, więc powiedzieć, że obecność w życiu publicznym resortowych dzieci nie jest problemem tylko polskim.


U nas się nie tej kwestii nie podejmuje. Po pierwsze pewnie działa dużo więcej agentów niż się komukolwiek postronnemu wydaje. Po drugie, wtedy trzeba będzie podjąć temat innych niewyjaśnionych spraw, np. działalności seryjnego samobójcy.


Naliczyłem, że od 1989 roku, czyli od zabójstw księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha, wśród ofiar nieznanych sprawców zmarło w tajemniczych okolicznościach ok. 7o znanych osób. Szczególnym przykładem może być samobójstwo Ireneusza Sekuły, który strzelał sobie w brzuch trzy razy. Nie bez powodu bezlitosna polska ulica skomentowała jego przypadek stwierdzeniem, że podjął dwie próby samobójcze, bo przy pierwszej nie zastano go w domu.


Nie tylko to jest pomijane. Bardzo wiele resortowych dzieci nie nosi nazwisk ojców czy matek. Całkiem spora ich liczba funkcjonuje w przestrzeni publicznej, głosząc poglądy zbliżone do poglądów rodziców. Często są tak zakamuflowani, że trudno rozpoznać ich koneksje rodzinne...


Przykładem córka Bieruta - prof. Aleksandra Jasińska - Kania - socjolog, która w swoich tekstach mentorsko poucza Polaków, zarzucając nam np. rzekomą nietolerancję religijną. Ma czelność wyrokować zamiast siedzieć cichutko w kącie, a odzywać się tylko, żeby przeprosić za zbrodnie ojca, starać się, chociaż trochę naprawić jego winy. Podobnych zachowań w kręgach rodzin ze zbrodniczymi rodowodami mamy wiele. Nieżyjąca już tropicielka "polskiego antysemityzmu", pani Alina Grabowska zaatakowała kiedyś bodajże w "Rzeczpospolitej" Andrzeja Kunerta za podawanie prawdziwych nazwisk osób z bezpieki (i nie tylko). Teraz warto postawić pytanie - jak wyglądałaby historia, gdyby tych nazwisk nie podawano? Kto z przeciętnych czytelników zorientowałby się po tylu latach, że kat bezpieki Różański i pierwszy cenzor oraz politruk stalinizmu w Polsce Jerzy Borejsza to bracia noszący to samo nazwisko Goldberg? Na pewno bardzo mało osób. Dlatego podawanie prawdziwych nazwisk jest ważne i potrzebne.


Pani Kania skupiła się głównie na mediach. Ale resortowe dzieci osiadły nie tylko tam. Może czas w końcu, żeby ktoś zwrócił uwagę na inne środowiska? Mam tu na myśli wymiar sprawiedliwości i... środowisko medyczne. Wśród lekarzy też jest wielu ludzi, którzy wydawali opinie medyczne w sprawach zdolności do udziału w procesach ludzi nieprawdopodobnie skatowanych albo, którzy podpisywali akty zgonu mając pełną świadomość, że podpisują kłamstwa...


O tak. Kto wie, czy właśnie te środowiska nie należałoby opisać w pierwszym rzędzie. Dość przypomnieć sędziego Tuleję, którego matka pracowała przez wiele lat w resorcie bezpieki. Tu zresztą nie chodzi tylko o stricte bezpieczniackie rodowody. Wielka ilość dzieci prokuratorów i sędziów jeszcze z czasów PRLu, zatrudniona obecnie w szeroko rozumianym wymiarze sprawiedliwości, wpływa na postępowania sądowe wobec twórców tamtego reżimu. Widać to po tym, jak odwlekane są sprawy zadośćuczynienia dla ofiar i jak wielka jest sądowa ochrona komunistycznych zbrodniarzy. Co do środowiska medycznego - to istotnie jego lustracja jest bardzo ważna nie tylko z uwagi na powiązania rodzinne niektórych wpływowych dziś lekarzy z lekarzami ubeckimi. To ważne także ze względu na nowszą historię - fałszowanych aktów zgonu z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Przecież podpisywali je lekarze. Może warto się pod tym kątem przyjrzeć niezwykłej tolerancji okazywanej towarzyszowi Kiszczakowi, który jest zbyt chory, by przychodzić do sądu na rozprawy i jednocześnie wystarczająco zdrowy, by lecieć parę godzin samolotem na wakacje. -Gen.. Jaruzelski też dziwnie łatwo od lat otrzymuje zaświadczenia o ciężkim stanie zdrowia. W tym kontekście chciałbym znowu przywołać przykład Węgier - wytoczono tam proces krwiożerczemu, komunistycznemu ministrowi spraw wewnętrznych, który ma 93 lata. Osądzono go. Dziś już może nie chodzi o to, żeby obu towarzyszy generałów zapuszkować. Bardziej chodzi o to, żeby odczuli wstyd i infamię. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Jaruzelski i Kiszczak do dnia dzisiejszego nie zostali jeszcze zdegradowani do stopnia szeregowca, co powinno nastąpić już dawno temu. Zwłaszcza, że obaj dostali generalskie szlify z politycznego nadania jako nagrodę za zajmowanie "słusznej postawy". Jaruzelski np. walczył z Żołnierzami Wyklętymi, działał w informacji wojskowej i wiernie służył Moskwie (np. w '56 roku jako jedyny sprzeciwiał się wygnaniu marszałka Rokossowskiego) podczas, gdy, pod względem czysto taktycznym, oficerem był marnym. Innymi słowy - nie ma żadnych powodów by pozostawiać im stopnie generalskie.




A inne ważne tematy? Co teraz powinno stać się przedmiotem badań?


Uważam, że szczególnie ważne jest teraz nie ograniczanie sie do tematyki lat stalinowskich i późniejszego okresu PRL-u. Potrzeba mocniej pokazywać różne patologie okresu po 1989 r. Choćby prowadzonej od paru dziesięcioleci zajadłej walki z Kościołem, nasilonej w sposób niesłychany po śmierci papieża Jana Pawła II. Jest to nader ważne. Ta walka z Kościołem, podobnie jak i walka z patriotyzmem w ostatnich latach okazały się z punktu widzenia osób ją prowadzących dużo skuteczniejsze od podobnych kampanii w dobie PRL-u. Patrząc na rozmiary dzisiejszej agresji ateistycznej w mediach trudno nie oprzeć się ocenom, że Kościół zareagował na nią zbyt późno i nie dał na nią od początku odpowiednio silnego odporu. Trzeba dużo więcej pisać o inicjatorach kolejnych kampanii antykościelnych i ich powiązaniach. Powinno się też dużo szybciej, bez opóźnień, reagować na nasilające się fałsze, uderzające w wielkie postacie z historii Kościoła w Polsce, od przeora Kordeckiego, po ojca Kolbe, kardynała Hlonda czy Prymasa Tysiąclecia. Odnosi się to zresztą generalnie do rozlicznych wielkich polskich postaci historycznych, które od lat poddaje się kampanii oczernień w imię nihilizmu historycznego. By przypomnieć choćby liczne oszczercze ataki na Bolesława Chrobrego, Władysława Jagiełłę, Tadeusza Kościuszkę, Romana Dmowskiego, Józefa Piłsudskiego, przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, a ostatnio rotmistrza Witolda Pileckiego. W ostatnich 20 latach nie było w świecie drugiego kraju, w którym szkalowano by w równym stopniu jak w Polsce największe postacie narodowej historii. Nie pozwólmy na pomiatanie naszymi dziejami, które miały wiele wspaniałych epizodów. Równocześnie zaś reagujmy dużo bardziej zdecydowanie na ataki przeciwko Narodowi i Kościołowi.


Może więc pora na kolejną Pana książkę w tych sprawach?


Zastanawiam się nad trzecim tomem "Czerwonych Dynastii", akcentującym właśnie te problemy. Zobaczymy.




Jak Dorota Kania zafałszowała wymowę moich akt z IPN-u

Jak Dorota Kania zafałszowała wymowę moich akt z IPN-u
      
      Oskarżam Dorotę Kanię o świadome oczernienie wizerunku mojej osoby na forum publicznym - w publikowanym we "Wprost" z 16 września 2007 r. paszkwilu "Agent u Rydzyka". D. Kania, przejawiając maksimum złej woli, świadomie zafałszowała wymowę moich akt w IPN-ie, aby dowieść mojej rzekomej agenturalnej działalności wbrew informacjom zawartym w dokumentacji IPN -u. Co więcej, jako ówczesna dziennikarka "Wprost " dokonała tych wszystkich zafałszowań z zemsty za publikowane tuż przed jej paszkwilem moje artykuły demaskujące antynarodowe i antykościelne publikacje "Wprost", w tym szefa Kani red. naczelnego "Wprost" Stanisława Janeckiego.
Przypomnijmy fakty. W lipcu 2007 r. na lamach tygodnika "Wprost", redagowanego przez S. Janeckiego,ukazały się atakujące Radio Maryja i O. Tadeusza Rydzyka osławione "Taśmy Rydzyka". W odpowiedzi na nie począwszy od 12 lipca 2007 r. opublikowałem na łamach "Naszego Dziennika" sześć artykułów piętnujących antykatolicką i antypatriotyczną publicystykę "Wprost". Trzy z nich były poświęcone walce "Wprost" z Kościołem, a trzy atakom "Wprost" na polski patriotyzm i polskie tradycje narodowe. Najczarniejszym negatywnym "bohaterem" moich tekstów był ówczesny redaktor naczelny "Wprost" Stanisław Janecki. W tej sytuacji wyraźnie widać przyczyny podjętego we "Wprost" wkrótce po moich artykułach niezwykle oszczerczego ataku przeciwko mnie.
Już 16 września 2007 na łamach "Wprost" ukazał się paszkwilancki tekst Doroty Kani na mój temat pt. "Agent u Rydzyka". Z tekstu dowiadujemy się, że SB zarejestrowała mnie w 1970 r. jako kontakt operacyjny. Jak wiadomo można było kogoś zarejestrować jako tzw. kontakt operacyjny bez jego jakiejkolwiek wiedzy. Sam nigdy nie wiedziałem o takim zarejestrowaniu mojej osoby, nie podpisywałem też żadnego zobowiązania o współpracy z SB. Nie jest możliwe znalezienie takiego zobowiązania z mojej strony, bo go nigdy nie było. Nawet zastępca naczelnego "Wprost" Grzegorz Pawelczyk przyznał w rozmowie z dziennikarzem "Rzeczypospolitej" (nr z 10 września 2007 r., że:
"W dokumentach zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej nie ma zobowiązania do współpracy" (mojego-JRN). Nie ma też dowodów jakichkolwiek świadczeń dla mnie z tej okazji, bo ich nie było i być nie mogło. W wydanej w 2009 r. książce IPN: "Marzec 1968 w dokumentach MSW Kronika wydarzeń część I", s.39 znajdujemy adnotację: "Wg. zachowanych dokumentów SB miał być zarejestrowany przez Wydział II Departamentu III MSW jako KO ps. "Tadeusz" (1970), w trakcie kilku rozmów z nim "nie uzyskano informacji mających wartość operacyjną" (1970-1971). (Podkr. - JRN). Zapytuję więc, na jakiej zasadzie D. Kania nazwała mnie "agentem", jeśli nie uzyskano ode mnie żadnych informacji mających wartość operacyjną ".
Na s. 34 akt IPN (BU OO 1043)1742) czytamy notatkę na mój temat z dnia 27 stycznia 1972 r.: "z rozmowy tej jak i z dalszych z nim spotkań nie uzyskano informacji mających znaczenie operacyjne". Kania tę tak niewygodną dla jej celów informację MSW całkowicie przemilczała.
Na s. 60 wspomnianych akt czytamy notatkę na mój temat z dnia 30 października 1975 r.: "odbyto z nim kilka spotkań, w czasie, których nie przekazał opracowania na temat trockizmu i innych istotnych informacji". I tę informację MSW Kania całkowicie przemilczała.
Na s. 9 wspomnianych akt czytamy o mnie notatkę informacyjną z 17 maja 1978 - wg. powodu d. elimin. -brak możliw. operac.
Artykuł Kani we "Wprost" zaczynał się od ordynarnego kłamstwa i kończył się ordynarnym kłamstwem Pierwsze zdanie tekstu Kani na mój temat we "Wprost" brzmiało: "Zaciekle bronił abp. Stanisława Wielgusa, oskarżanego o współpracę z SB". Otóż nigdy zaciekle nie broniłem abp. S. Wielgusa, nie pisałem w ogóle nic na ten temat. Skąd wzięła D. Kania to kłamstwo?
Końcowe dwa zdania tekstu Kani na mój temat brzmiały: "W mediach o. Tadeusza Rydzyka zasłynął żarliwą obroną agentów komunistycznej bezpieki m. in. abp. Stanisława Wielgusa. Znajdujące się w archiwach IPN materiały w dużej mierze tłumaczą jego postawę". Pytanie, skąd Kania wytrzasnęła swe kolejne kłamstwo o mojej "żarliwej obronie agentów komunistycznej bezpieki". Niech da, choć jeden przykład takiej mojej postawy. Można dowiedzieć się za to czegoś wręcz przeciwnego- to ja w swoim czasie zainicjowałem wśród intelektualnych środowisk radiomaryjnych list w obronie IPN- u, na rzecz lustracji. Piętnując paszkwil Kani w tekście "Podłe oszczerstwa "Wprost" ("Nasz Dziennik" z 12 września 2007) przypomniałem: "To ja opracowałem publikowany przed pół rokiem na łamach "Naszego Dziennika" list otwarty domagający się gruntownej lustracji, dekomunizacji i dezubekizacji oraz pozbawienia wysokich emerytur wszystkich splamionych udziałem w prześladowaniach politycznych doby PRL, od oficerów UB po sędziów i prokuratorów".
Gdy IPN został zaatakowany przez kręgi oficjalne, wystąpiłem w Radiu Maryja ze zdecydowaną obroną IPN-u. D. Kania pisze: "Rok później (tj. w 1971 r.- JRN) (...) Nowak sam się zgłosił do SB i wyraził chęć współpracy na terenie Węgier". Skąd D. Kania wytrzasnęła to kolejne kłamstwo o tym, że sam zgłosiłem się do SB, gdzie ma jakikolwiek dokument na ten temat powstały w jej tak płodnej w kłamstwa chorej wyobraźni?


Pytam, po co miałbym mieć chęć współpracowania z SB, gdy byłem jako naukowiec wręcz fanatycznym "pracusiem" i właśnie w latach 1970-1971 równocześnie przygotowywałem do obrony doktorat (pierwszy w PISM) 588-stronnicowy o Węgrzech, książkę "Węgry 1939-1969" (ok.200 stron) i książkę o Hiszpanii od 1939 r. (340 stron). Obie te książki wyszły w 1972 roku. Dodajmy do tego artykuły, m.in. skonfiskowany przez cenzurę w 1971 r. w "Polityce" 30-stronnicowy artykuł o Albanii. W ciągu dwóch lat: 1970-1971 napisałem, więc minimum 1158 stron. I w takiej sytuacji, tak wiele pisząc i przygotowując się na dodatek do tak ważnej dla naukowca sprawy jak obrona pracy doktorskiej (broniłem ją w lutym 1972 r.), miałem jeszcze ochotniczo zgłosić się do współpracy z SB! Tylko absolutny bęcwał mógłby uwierzyć w oszczerstwa tego typu.
Zapytam dalej, co robiłem w ramach swej rzekomej współpracy z SB, na kogo donosiłem? Proszę podać fakty, konkrety, których nie można podać, bo takiej współpracy nigdy nie było. Wręcz przeciwnie, to ja byłem przez wiele lat inwigilowany, osaczany, cenzurowany, blokowany w karierze zawodowej, blokowany przy próbach wyjazdu na Zachód. Jeszcze 19 kwietnia 1979 r. Urząd miasta stołecznego Warszawy odrzucił mój wniosek o przyznanie mi dewiz na wyjazd do Francji i do grudnia 1980 r. nie wyjechałem na Zachód. Mieszkanie w bloku (M3) otrzymałem zaś dopiero w 1978 r., a więc w 7 lat po zaczęciu rzekomej współpracy z SB.
W paszkwilu Kani można znaleźć uwagi tylko o dwóch mało skądinąd ważnych informacjach, jakie rzekomo przekazałem SB. Pierwsza, że przekazałem jakoby SB informację, że 14-19 grudnia 1970 r. przebywałem w Baranowie Sandomierskim jako tłumacz spotkania polsko-węgierskiego. Była to rzeczywiście niezwykle cenna informacja wywiadowcza, godna Klossa i Maty Hari! Przecież ja tłumaczyłem w Baranowie na polecenie dyrektora PISM R. Frelka, a ze strony PISM uczestniczyła w rozmowach część osób ideologicznego Zakładu PISM- tzw. Wschód- Zachód, powiązanego z MSW. Tak, że każda z osób z tego Zakładu mogła "donieść" cenne odkrycie, że byłem tam tłumaczem! Drugą informacją miało być jakoby to, że informowałem także o sytuacji w MSZ, w którym "oczekuje się zmian kadrowych". Znów nadzwyczaj cenna informacja wywiadowcza - że po buncie robotników z Wybrzeża w MSZ-cie "oczekuje się zmian kadrowych". Przecież było to niebywale sensacyjne wręcz odkrycie, na wagę złota, którym na pewno esbecy mi płacili. Co najlepsze w tym przypadku D. Kania "twórczo rozwinęła" fałszując informacje zawarte w notatce SB z 21 grudnia 1970 r. esbek pisał tam o moich uwagach na temat sytuacji w PISM. Kania zmieniła to na sytuację w MSZ.(!) I dodała, że esbek zlecił mi zdobycie informacji odnośnie wypowiedzi pracowników w sprawie planowanych zmian w MSZ i zwrócenie uwagi na negatywne postawy w resorcie oraz w PISM". Otóż w notatce esbeka nie ma żadnego zdania o MSZ, jest tylko mowa o PISM-ie. Jak ocenić dokonane przez Kanię dopisanie nieistniejących rzeczy do urzędowego bądź, co bądź dokumentu z archiwów IPN -u? Prawdziwą groteską było sugerowanie przez Kanię, że mnie pracownikowi PISM, bez reszty zanurzonemu w pracy naukowej powierzono tropienie "negatywnych postaw w resorcie" (MSZ) Ja miałem je tropić w sytuacji, gdy w samym MSZ były setki agentów, można powiedzieć, że siedział agent przy agencie. Co zabawniejsze tego typu informacje miałem zbierać ja, zanurzony bez reszty w pracy i znający może 4-5 osób w MSZ-cie. Przecież ja miałem mniej znajomości i wiedzy o układach w MSZ-cie niż 90 proc. innych pracowników naukowych PISM-u. Przecież w naszym Instytucie aż roiło się od różnych synów, zięciów i innych pociotków luminarzy PRL-u, którzy MSZ dużo lepiej znali ode mnie. A jeśli chodzi o sam PISM (Polski Instytut Spraw Międzynarodowych) nie ma, bo nie może być żadnej mojej notatki atakującej jakiekolwiek "negatywne politycznie postawy" w PISM-ie, czy poszczególne osoby. Nie było takich notatek, bo przeczyłoby to moim ideałom, nie było, choć mam łatwość pisania. Jakże, więc sam według Kani ochotniczo zgłosiłem się w 1971 r. do SB i nic nie robiłem, by gorliwie wypełniać nową rolę. Parokrotnie Kania cytowała różne materiały SB sugerujące operacyjne wykorzystanie mojej osoby (w 1974 i w 1976 r.), tyle, że nie dała żadnego najmniejszego nawet dowodu na to, że byłem gotów w tym uczestniczyć. Ciekawe, co wynikło dla MSW z przeprowadzanych ze mną rozmów, poza tym, że nie przyniosły żadnych, ale to żadnych informacji "mających wartość operacyjną". Na pewno pracownicy MSW mocno "dokształcili się" na temat Węgier, stosunków węgiersko-niemieckich i literatury węgierskiej, którymi ich przynudzałem. Kania o tym nic nie pisze w swym paszkwilu, więc przypomnę za notatką MSW z 7 lutego 1970 r. Esbek pisał o mnie: "Zapytany, czym aktualnie zajmuje się w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, odrzekł, że (...) prowadzi badania stosunków węgiersko-niemieckich (...) JR Nowak w rozmowie na tematy zawodowe był bardzo wylewny, w sposób szczegółowy i drobiazgowo potrafi scharakteryzować zakres wykonywanej pracy (...) Jest bardzo rozmowny, posiada łatwość nawiązywania rozmowy. Najbardziej odpowiada mu temat zagadnień historii, a zwłaszcza stosunków węgiersko-niemieckich oraz literatury węgierskiej".
D. Kania jako "lustratorka" okazała się bardzo niechlujna w swych zapisach. Np. informując o donosie na mnie ze stronny jakiegoś Greka podała, że informacja na ten temat dotarła w październiku 1972 - w rzeczywistości donos na mnie omawiany był w notatce z 18 listopada 1974 r., a więc w ponad 2 lata później. Samo przytoczenie tego donosu jest kolejnym przykładem złej woli D. Kani, która chętnie przytacza przeciw mnie oszczerstwa na temat moich rzekomych związków z marginesem społecznym, by mnie lepiej pogrążyć. Przytacza, co następuje: "Nowak, pracownik jednej z polskich placówek w Budapeszcie, jest powiązany z marginesem społecznym, trudni się handlem walutą i posiada dwa samochody". Na ten temat wyszło z ambasady w dniu 8 grudnia 1974 r. sprostowanie pracownika o pseudonimie Drop. Zacytowała z niego tylko stwierdzenia: "Odnoszę wrażenie, że inspiratorem tego typu informacji mogą być środowiska syjonistyczne z Polski lub Węgier (...) ponieważ (...) dr Nowak jest bardzo wrażliwy na wszelkie przejawy kosmopolityzmu żydowskiego". Równocześnie Kania pominęła samą istotę tego sprostowania, tak, że w czytelniku mogła utrzymać się sugestia, że Nowak miał związki z marginesem społecznym i handlował walutą. Drop pisał: "Zarzut postawiony w zapytaniu absolutnie nie pasował do osoby dr. J. R. Nowaka (...)
1) Dr J. R. Nowak nie posiadał żadnego samochodu osobowego, nie ma prawa do prowadzenia samochodu i nie posiada żadnego zainteresowania do samochodów. Jest antytalentem w sprawach motoryzacyjnych.
2) Postawiony jest zarzut, że utrzymywał szerokie kontakty z marginesem społecznym(...) Dr J. R. Nowak utrzymywał bardzo rozległe kontakty w środowiskach twórczych.(...)Można śmiało stwierdzić, że wszyscy razem wzięci pracownicy ambasady nie maja tyle kontaktów, co on jeden utrzymywał. (...) Dorobkiem wyniesionym z Budapesztu przez Dr J.R,. Nowaka były książki, na co przeznaczył prawie wszystkie swoje oszczędności".


Jakie mogły być hipotetyczne motywy mojej rzekomej współpracy z SB?


Jednym z hipotetycznych motywów mogło być zastraszenie mnie przez SB groźbą wyrzucenia z pracy w PISM- ie. Na ten temat nie ma jednak żadnych informacji w aktach IPN -u. O tym, ze taka groźba nie byłaby zaś skuteczna wobec mnie świadczy wcześniejszy fakt z 1969 r. Wystąpiłem wówczas bardzo stanowczo jako świadek obrony na procesie Antka Zambrowskiego, choć w ówczesnej sytuacji mogło to zakończyć się moim wyrzuceniem z PISM-u. Mam w swym archiwum oświadczenie A. Zambrowskiego, wyrażające podziękowanie za ówczesne moje zachowanie w sądzie, dowodzące mojej odwagi.
Być może oszczercy będą tłumaczyli moją rzekomą współpracę z SB chęcią wyjazdu na placówkę dyplomatyczną do Węgier. Tyle, że z taką propozycją wystąpił znający moje prace o Węgrzech ambasador w Budapeszcie T. Hanuszek, a gorąco poparł ją ówczesny dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, w którym pracowałem. Wyjechałem tam 9 miesięcy później niż mi proponowali, gdyż chciałem najpierw obronić doktorat. Jakby mi tak zależało na pracy na placówce za wszelka cenę, to przecież robiłbym wszystko, aby utrzymać się na niej do końca przez cały 4-letni, typowy okres pracy dyplomatycznej. A ja , jak na złość, zrobiłem wielki psikus ambasadzie i MSZ, juz po dwóch latach, zgłaszając wniosek o odejście z ambasady (Wyjechałem po 2 latach i 4 miesiącach pracy zamiast przewidywanego terminu 4 lat). Porzuciłem piękne 4-pokojowe mieszkanie, wynajmowane przez ambasadę na Górze Gellerta, by dalej przez 4 lata, do 1979 roku, wynajmować różne mieszkania w Warszawie. Porzuciłem dobrze opłacaną wówczas pracę w ambasadzie, by powrócić do dużo gorzej opłacanej pracy pracownika naukowego. Miałem po prostu już szczerze dość sytuacji, gdy moje notatki, pokazujące realia o Węgrzech (m. in. siłę tamtejszego komunistycznego antypolonizmu w książkach i prasie, nagłaśniania najgłupszych dogmatycznych stereotypów o "faszystowskiej II RP") były blokowane przez szefa po maturze. (Ja już wówczas byłem po doktoracie). Miałem również dość takiej sytuacji, gdy okazało się, że w całej ambasadzie w Budapeszcie na 14 pracowników miało być zaledwie dwóch specjalistów znających język węgierski, w tym ja. Bo nawet na attaché prasowego w stopniu radcy przysłano jakiegoś partyjniaka z Ruchu Obrońców Pokoju, niemającego pojęcia o węgierskim. Attaché prasowy bez znajomości języka – oto, jakie były szokujące realia ambasady w Budapeszcie, które mnie szczerze zmierziły!


Gdybym był agentem, jak insynuuje Kania?!
Gdybym współpracował z SB jak insynuuje Kania, to na pewno zachowywałbym się diametralnie odmiennie po 1989r. Nie należałbym do najbardziej konsekwentnych krytyków "grubej kreski", nie występowałbym ciągle (jest na to dość przykładów) od 1989 r. na rzecz gruntownych rozliczeń z komunizmem i lustracji. Przecież bardzo łatwo opublikowano by wtedy różne kwity na mój temat, tak jak zrobiono wobec doradcy J. Olszewskiego - Zdzisława Najdera o ksywie "Zapalniczka".


Wśród innych fałszów D. Kani na mój temat znalazło się m. in. podle kłamstwo, iż" W czasach Jerzego Urbana próbowałem zostać wiceszefem Komitetu ds. Radia i Telewizji". Istnieje dość dowodów na to, że z J. Urbanem szczerze nie znosiliśmy się przynajmniej od 1970r., gdy musiał przeprosić mnie w "Polityce za splagiatowanie szeregu informacji o Węgrzech w jego artykule "Moda na bratanka". W grudniu 1981 r. na Forum Dziennikarzy na Foksal bardzo ostro skrytykowałem Urbana za jego kłamstwa propagandowe. W 1988 r. cenzura zatrzymała mój tekst w "Konfrontacjach", głównie z powodu zdania krytycznego o Urbanie. Sam Urban zwierza sie w jednej z książek, że wystąpił przeciwno mnie zakulisowo w związku z moimi atakami na antypolski paszkwil György Spiró. Jak można w ogóle insynuować, ze chciałem współpracować z Urbanem, który był zawsze dla mnie symbolem antypolonizmu?! Faktem jest natomiast, że starałem się na zlecenie przewodniczącego SD J. Jóźwiaka w rozmowie z A. Drawiczem, a nie Urbanem, o stanowisko wiceszefa Telewizji i Radia dla p. Leśniaka, b. członka władz SD. Zasadnicza różnica, jak widać.
Świadome zafałszowanie wymowy moich akt w IPN-ie przez Dorotę Kanię zdyskwalifikowało ją moralnie jako dziennikarkę i jako człowieka, zhańbiło jej profesję. Swymi fałszami przyniosła niewymierne szkody obrazowi mojej osoby na forum publicznym. Wystarczy przytoczyć fakt, że w moim życiorysie w Wikipedii przytoczono wyłącznie dane zafałszowane przez Kanię (twierdzenie, że miałem m.in. informować o sytuacji w MSZ-cie)., nie przytaczając mojej drukowanej w "Naszym Dzienniku" polemiki z jej oszczerstwami. Fałszerkę powinna spotkać odpowiednia kara za jej kłamstwa. Casus Kani dowodzi, że w IPN-ie powinny być wprowadzone przepisy odpowiednio karzące świadome publiczne zafałszowywanie wymowy tamtejszych akt na szkodę jakichkolwiek osób.


Warszawa, dn. 23 I 2014 r.